
Pierwszego marca, w naszym mieście, rozpoczęła się rekrutacja dzieci do przedszkoli publicznych na rok 2012/2013. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli, z początkiem września Antoni zasili szeregi radosnych przedszkolaków. Proces przejścia spod skrzydeł mamy pod skrzydła przedszkola do łatwych nie należy, żeby go trochę ułatwić postanowiłam rozpocząć cykl daleko zakrojonych przygotowań. Przygotowania swym zasięgiem obejmują wszystkie sfery życia naszego milusińskiego, ale dzisiaj opowiem Wam tylko o jednej z nich. Przyznam się szczerze, że jak każda mama dziecka prowadzonego metodą Montessori mam pewne obawy dotyczące jego adaptacji w środowisku przedszkolnym. Z jednej strony, boję się że zabawy i metody pracy tradycyjnych przedszkoli będą dla Antka dość twardym orzechem do zgryzienia. Z drugiej strony, wierzą mocno, a moja wiara opiera się o doświadczenia, jakie zdobyłam z Kubą, że przedszkole jest dziecku potrzebne i stanowi ważny element w jego życiu społecznym i emocjonalnym.
Jednym z elementów oswajania Antka z typową formą zajęć przedszkolnych jest wprowadzenie do naszych codziennych "zajęć" typowego bloku dydaktycznego. Nic super wyjątkowego, ale zbliżonego do tego z czym Antoś może spotkać i z pewnością spotka się w przedszkolu. Pewnie zastanawiacie się po co to całe "hallo"? Zabawy, które mam zamiar zaproponować Antolkowi, to ćwiczenia których bazą są inscenizacje prostych wierszyków i piosenek przedszkolnych i zabawy tematyczne związane z ich treścią. Blok tych zajęć uzupełnia cykl zajęć umuzykalniających, ruchowych o charakterze gimnastycznym i cała masa zabaw manipulacyjno-konstrukcyjnych. Są to zabawy, które w przeciwieństwie do "zabaw" Montessoriańskich uwzględniają dużą dozę dziecięcej fantazji. We wspomnianych zabawach jest sporo miejsca na improwizację i modyfikację. Wszystko jest jeszcze w fazie testowej, sama jestem ciekawa jak Antolek przyjmie taką formę, i jaki będzie ona miała wpływ na nasz dotychczasowy cykl pracy. Jeżeli Wy, też stajecie przed podobnym dylematem i bijecie się z myślami zachęcam do dyskusji. A może macie już jakieś wypracowane, sprawdzone metody lub ciekawe obserwacje? Będzie mi niezmiernie miło, jeżeli podzielicie się nimi ze mną i czytelnikami bloga.
Oto pierwsza, testowa modyfikacja naszych zabaw. Przy jej przygotowywaniu miałam w głowie tylko luźny zarys celu jaki chcę osiągnąć. Założyłam, że pozwolę Antolkowi przejąc inicjatywę i zobaczę dokąd nas taka zabawa zaprowadzi. Naszym tematem lutowym oprócz zabaw magnetycznych jest zima i towarzyszące jej zjawiska ;-) Pomyślałam sobie, że na pierwszy ogień dobrze byłoby wykorzystać krótki wierszyk związany z tematem. Mój wybór padł na wierszyk pt. "Piórka" W. Domaradzkiego. W celu przeprowadzenia inscenizacji wierszyka, przygotowałam sobie tacę, na której znalazł się: koszyk z kolorowymi piórkami, pojemniczek z miniaturowym kotkiem i gąską oraz zdjęcia przedstawiające po kolei:przysypane śniegiem pole, przysypany śniegiem sad oraz zdjęcie padającego śniegu. Wierszyk jest króciutki więc nie było potrzeby drukowania go na kartce, nauczyłam się go na pamięć w minutkę ;-)

"Piórka" W. Domaradzki
Sypią się piórka
małe i duże.
Czy to ktoś gąskę
oskubał w górze?
Ścielą się wszędzie,
w polu i w sadzie.
A kotek mruczy:
- Spójrzcie, śnieg pada!
Oczywiście, inscenizację wierszyka poprzedziła krótka rozmowa wstępna. Opowiedzieliśmy sobie o tym, jaka mamy porę roku(zima), co dzieje się zimą za oknem (pada śnieg),o tym, jak robi się wtedy zimno. Mówiliśmy, tez o tym, co potrafi mróz (szczypie w nosy i policzki, maluje obrazy na szybach, pokrywa rośliny szronem). Następnie, postanowiliśmy poszukać zimy za naszym oknem. Ku rozczarowaniu Antolka, na dworze nie była ani jednego "złamanego" płatka. Pocieszyłam go, bo posmutniał i zaprosiłam na matę mówiąc,że mam mu coś ciekawego do pokazania i opowiedzenia.
Antek bardzo zainteresował się zawartością tacy. Wyjęliśmy na matę poszczególne elementy, nazywając je. Przypomnieliśmy sobie, jaki dźwięk wydaje każde z naszych zwierzątek. Obejrzeliśmy i nazwaliśmy poszczególne elementy na zdjęciach. Taka rozmowa wstępna, to także wspaniałe ćwiczenie językowe kształtujące umiejętność swobodnej wypowiedzi i dodatkowo wzbogacające słownik malucha ;-) Następnie na tacy, która imitowała podwórko (wiem, wiem, nie wysiliłam się za bardzo, lepsza byłaby jakaś typowo wiejska sceneria)ustawiłam gąskę i kotka, wzięłam koszyczek z piórkami do ręki i recytując wierszyk, po woli zaczęłam sypać piórka na zwierzaczki. Antek był wniebowzięty, siedział i patrzył jak zaczarowany. Wierszyk i całą inscenizację powtarzaliśmy wielokrotnie. Antek wdzięcznie wyręczał mnie w sypaniu płatków, mnie pozostawiając rolę zdziwionego kotka. Chciałam z nim omówić nasz wierszyk, ale był tak pochłonięty inscenizacją, że w tym momencie nie miałoby to najmniejszego sensu. Postanowiłam odłożyć tę część zabawy na popołudnie.

Antosiowi najbardziej podobało się tworzenie zasp "śnieżnych"

... eksperymentował także z wysokością i intensywnością opadów ;-)

Pierwotnie chciałam użyć tylko białych piórek, jednak zachwyt Antolka tą feerią barw, utwierdził mnie w przekonaniu, że miks kolorystyczny był trafną decyzją:-) Energetyczność tych kolorów, nawet we mnie tchnęła odżywczą energię ;-)

Nasze zwierzaki pomogły nam bardzo w trakcie omawiania wierszyka. Antek uwielbia mówić głosem swoich zabawek, mimo, że nie jest to zbyt montessoriańskie podejście, mnie nie przeszkadza kiedy to robi. W końcu głównym założeniem Montessori jest podążanie za dzieckiem i jego potrzebami ;-) A Antek najwyraźniej taką potrzebę ostatnio ma ;-). Samo omówienie wierszyka skupiało się wokół typowych pytań tj. "O czym był wierszyk, który sobie teraz opowiedzieliśmy?" "Jakie piórka sypały się z góry?" "Co pokrył śnieg swym puchem?" itd. Oczywiście w trakcie odpowiedzi posiłkowaliśmy się wspomnianymi wcześniej zdjęciami. Przypomnieliśmy sobie, czym jest pole, a czym sad itd. Nie obyło się, także bez skrupulatnego gromadzenia dowodów (piórka małe i duże zostały posegregowane dzięki uprzejmości kota, który zbierał te duże pióra i gąski, która objęła patronat nad maleńkimi piórkami. Nasza gąska przeszła, także inspekcję w celu sprawdzenia stanu upierzenia ;-)

Przy jednej z kolejnych inscenizacji, poszliśmy o krok dalej. Ponieważ w lodówce zostało mi jeszcze trochę zachomikowanego śniegu, przełożyłam go do miseczki i zaproponowałam Antosiowi mały eksperyment. Jego celem było określenie podobieństw i różnic miedzy prawdziwym, a piórkowym śniegiem. Wspólnie, metodą "organoleptyczną" ustaliliśmy następujące fakty: Prawdziwy śnieg jest zimny, mokry, miękki, klejący, trudno go zdmuchnąć i szybko się rozpuszcza w dłoniach. Śnieg piórkowy dla odmiany, jest ciepły, suchy, miękki, nie klei się, łatwo go zdmuchnąć i nie rozpuszcza się w dłoniach. Całkiem sporo, jak na taki skromny eksperyment, prawda? Przy zabawach ze śniegiem można nieźle zmarznąć. Najszybciej można się rozgrzać, ruszając się w rytm ulubionych zimowych piosenek, co niezwłocznie uczyniliśmy. O naszych inscenizowanych zabawach ruchowych postaram się napisać przy kolejnej okazji ;-)Rozgrzani na duchu i ciele przeszliśmy do zabaw usprawniających nasze artykulatory.
Zabawa logopedyczna, którą wymyśliłam naprędce, wyglądała mniej więcej tak: Rozpoczęliśmy od inscenizacji wierszyka, kiedy zwierzaczki zostały przysypane piórkowym śniegiem poprosiłam Antolka, by wytężył such i powtórzył na głos to co usłyszał. Oczywiście, jak się domyślacie, były to odgłosy wydawane przez kota (miał, miał, miał) i gąskę( gę, gę, gę). Następnie powiedziałam Antosiowi, że zwierzaki same nie będą się mogły wydostać spod śniegu i przydałaby się czyjaś pomoc. Postanowiliśmy poprosić o pomoc wiatr. W ten sposób poćwiczyliśmy sobie głoskę "sz". Nasz wiatr wiał, raz głośno, raz cicho, raz słabo, a raz gwałtownie. Kiedy już poszumieliśmy, jak wiatr, postanowiliśmy pomóc uwięzionym zwierzątkom. Antek dmuchał ile sił w pucach, by zdmuchnąć wszystkie piórka. Przy kolejnej okazji, zamiast wiatru udawaliśmy, że mamy w dłoniach wielkie szufle śniegowe i wydając z siebie głośne "szu, szu, szu" szybko rozgarnialiśmy cały śnieg. Zabawa zajęła nam sporo czasu. Nasze policzki, jak to bywa w zimie, trochę wyszczypał mróz. Udając szczypiący mróz ćwiczyliśmy głośne "szczyp, szczyp, szczyp" Dodam jeszcze, że piórkowy śnieg wracał każdorazowo do koszyka przy użyciu chwytu pęsetowego ;-)

Do naszej zabawy, po powrocie ze szkoły dołączył Kuba. Z jego inicjatywy, zabawa nabrała charakteru sensorycznego. Każdy z nas, po kolei, kładł się na dywanie z zamkniętymi oczyma, podczas gdy pozostała dwójka sypała na niego piórka. Wszystko działo się w absolutnej ciszy, co mnie bardzo zaskoczyło. Chłopcy skupiali się wyłącznie na doznaniach zmysłowych. Następnie chłopcy, po kolei, opisywali doznania własnymi słowami. Całkiem fajnie nam to wyszło ;-)

Dobrze jest czasem poczuć się dzieckiem...
9


Odbyły się, także zawody w najdłuższym "wydmuchu" piórka, w "przedmuchiwaniu" piórek na czas z miejsca "A" do miejsca "B". Przy pomocy stopera, wyłoniliśmy piórko, które najdłużej opierało się sile grawitacji:-) Siłą rzeczy, w słowniku Antolka, pojawiły się określenia takie jak: centymetr, metr, sekunda, minuta, wysokość, odległość itp.

Szkło powiększające to jeden z najczęściej używanych przedmiotów w naszym domu, szczególnie teraz, kiedy Antolek wszedł w fazę fascynacji szczegółem. Nie mogło go, także zabraknąć w chwili, w której przyglądaliśmy się budowie anatomicznej pióra ;-)

A to zdjęcia, które powstały kiedy moi panowie dobrali się do aparatu ;-) Kuba leżał z aparatem ustawionym na maksymalny zoom, a Antek układał mu piórka na obiektywie. Ja bym na to nie wpadła, ale cieszę się, że im to przyszło do głowy, bo mamy fantastyczną kolekcje niecodziennych zdjęć.


W Antolku, kiełkuje powoli matematyczny zarodek. Oprócz tego, że przelicza wszystko wokół siebie, jak rasowy księgowy, ostatnio na nowo zainteresował się rytmami ;-) Nasz piórka nadawały się do tego idealnie. Oczywiście, jak można się domyślić, kolory piórek użytych w zabawie odzwierciedlają preferencje naszych miniaturowych zwierzaków.



Nasza taca z materiałami do inscenizacji wierszyka "Piórka", gości na półce już dobry tydzień, a jej popularność nie maleje ani odrobinę. Mam wrażenie, że codziennie zyskuje nową odsłonę. To, co mnie cieszy, to to, że Antek przy okazji zabawy rozwija swoje umiejętności językowe, w szczególności, te narracyjne. Jednym z jego ulubionych elementów jest moment, w którym opowiada swoim ludzikom lego, co spotkało gąskę i kotka. Różnorodność tych narracji i obserwacja ich intensywnej ewolucji, pod względem treści, sprawia nam wszystkim wiele radości.

A jakie są Wasze patenty na "bezbolesne" przygotowanie malucha do przedszkola? Wszystkie pomysły i Wasze sugestie przyjmę z otwartymi ramionami ;-)
A tymczasem, pójdę wyczesać piórka, które zaplątały mi się we włosach ;-)