Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chłopcy gotują. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chłopcy gotują. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 lutego 2012

"Mamo, te ciasteczka się nie gryzą !!!"



Dzisiaj coś zupełnie z innej beczki. Historia prosto z piekarnika, maślana, ze złotym środkiem. Nie wiem czy Was też czasami ogarnia niepohamowana chęć na coś słodkiego?. Chęć tak obezwładniająca, że ruszacie z miejsca do kuchni w poszukiwaniu niezbędnych składników, by przyrządzić owo słodkie cudo;-) To jest właśnie zapis takiej historii. A wszystko zaczeło się w pewne, spokojne, niedzielne popołudnie. Przegladając strony kulinarnych blogów, natrafiłam na urocze witrażykowe ciasteczka. Ciasteczka wyglądały kusząco, a i przepis wydawał się mało skomplikowany. Obietnica niepowtarzalnego smaku, poparta obrazem, obudziła we mnie bestię. Bestię żądną maślanych ciasteczek ;-)) Nie powstrzymał mnie nawet fakt, że w domu nie było ani grama cukru, ani że nie mam dzemów w trzech kolorach i smakach. Musicie wiedzieć, ze moja fantazja, raz puszczona w ruch, nie daje sie tak łatwo poskromić. Jak się pewnie domyślacie, postanowiłam przepis lekko zmodyfikować ;-) Z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że był to ogromny błąd ;-)


Zaczęło się całkiem niewinnie, od zamiany drobnego białego cukru, którego nie miałam w domu, na dość gruby cukier trzcinowy ;-) Wprawdzie masło nie chciało się utrzeć na białą puszystą masę, ale jakoś nie za bardzo mnie to zraziło ;-)))






Wyglądało na to, że największe przeszkody zostały daleko za nami. Uformowane i obficie nadziane ciasteczka czekały na swoją kolej w piekarniku ;-)






Cudowny maślany zapach rozchodzący się po całym domu, szybko zwabił do kuchni pewnego małego łasucha ;-)Autorka przepisu sugerowała, by ciasteczka wyciągnąć, gdy lekko zarumienią się po bokach. Moje rumienić się nie chciały. Więc zamiast przepisowych 15-20 minut, siedziały w piekarniku prawie pół godziny!!! ;-)






Pewnie wytrawne oko doświadczonej kucharki szybko zwietrzyłoby nadciągającą katastrofę ;-) Dla mnie ciasteczka wyglądały całkiem normalnie. Jedyną podejrzaną rzeczą było to, że zrumieniły się nie tylko na brzegach ;-) Mimo tego drobiazgu wyglądały na smaczne ;-)








Chłopcy nie mogli doczekać się degustacji, a ja oczywiście peanów zachwytu i słów uznania. Nie musiałam długo czekać. Pierwszy przybiegł Antek cały zapłakany. "Mamo, te ciasteczka się nie gryzą!!!". Potem dołączył rozbawiony Kuba : "Mamo upiekłaś fajne skamieliny". Spróbowałam. Ciasteczka stawiały zdecydowany opór ;-))






Pewnie myślicie, że trafiły do śmieci. Nic bardziej mylnego ;-) Okazało się, że ciasteczka zanurzone w gorącym kakao staja się zjadliwe, a nawet smakowite ;-))) Zniknęły wciągu jednego posiedzenia ;-)










Było całkiem zabawnie. Oczywiście wyciągnęłam z całego zdarzenia wnioski na przyszłość ;-) "Jak się nie znasz, nie kombinuj" - muszę o tym pamiętać, kiedy następnym razem najdzie mnie ochota na modyfikacje ;-) A tak na marginesie, chłopcy ciągle pytają mnie kiedy będziemy piec "skamieliny" . Jak trochę ochłonę i dojdę do siebie, na pewno podejmę kolejna próbę - tym razem dokładnie według przepisu. Jak nam wyjdzie, na pewno się pochwalimy ;-)

A wy kochani macie na swoim koncie jakąś kuchenną katastrofę?

Pozdrawiam Was ciepło i maślanie ;-)



niedziela, 18 grudnia 2011

Świąteczne pierniczki cioci Krysi :-)




Świąteczne pierniczki...
Ich zapach przywodzi mi na myśl wspaniałe, rodzinne święta spędzane u babci i dziadka. A było co wspominać ;-) Kolacja wigilijna na dwa stoły i ponad 30 osób, z którymi można dzielić radość świąt. Fenomenalne zapachy wydobywające się z babcinej kuchni... Tak, to były niezapomniane święta. Chciałabym ich atmosferę odtworzyć i w naszym skromnym domu :-). Pieczenie pierniczków według starego rodzinnego przepisu jest jedną z tych niezapomnianych chwil, do której z przyjemnością wracamy co roku. Przepis na te cudowne pierniczki, trafił w moje ręce dzięki uprzejmości kochanej cioci Krysi. Kobiety o złotym sercu i wspaniałym otwartym umyśle ;-) Piekąc pierniczki zawsze o niej myślę. ;-))) Tak, tak, sentymentalna ze mnie osóbka...
Ale Was pewnie bardziej ciekawi ów przepis...

Oto on, w całej swojej prostocie i wspaniałości.

SKŁADNIKI

1,5 kg mąki,
0,5 kg miodu,
0,5 kg cukru,
2 kostki masła,
2 paczki przyprawy do piernika,
1 paczka cynamonu,
1 łyżeczka amoniaku,
1 łyżeczka sody oczyszczonej,
1 łyżeczka zmiażdżonych goździków,
100 g kakao,
4-5 jajek

*pierniczki wychodzą wspaniałe, kiedy przyprawia się je miłością i radosnym śmiechem najmniejszych członków rodziny :-)

PRZYGOTOWANIE

Masło, miód i 0,25 dag cukru rozpuszczamy i zagotowujemy w garnku. Całość odstawiamy do ostygnięcia. Jajka i pozostałą część cukru ubijamy mikserem na puszystą masę. Następnie, łączymy wszystkie składniki ze sobą i odstawiamy na tydzień w chłodne miejsce Ja, trzymam nasze ciasto piernikowe na dolnej półce w lodówce. Metamorfoza składników zawsze nas fascynuje i pozytywnie stymuluje naszą wyobraźnię;-) W tym roku utrwaliliśmy ja na zdjęciach ;-)

.


Po leżakowaniu, wyciągamy ciasto z lodówki i rozwałkowujemy je na grubość ok 0,5cm. Jest to odpowiedni moment by zaprosić małych pomocników ;-)




Wykrojone pierniczki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.



Pierniczki pieczemy w temp 180C od 5-8 min. Oczywiście wszystko zalezy od indywidualnych możliwości piekarnika. Pierniczki powinny być elastyczne i lekko wilgotne.




Pierniczki zrobione według tego przepisu nadają się do konsumpcji zaraz po upieczeniu i w przeciwieństwie do tych tradycyjnych nie twardnieją !!!! Mówiąc krótko nie można im się oprzeć ;-)




Dekorowanie pierniczków wzbudza w naszym domu tyle samo pozytywnych emocji, co ich pieczenie:-)










Końcowy efekt wygląda tak. Oczywiście, to tylko próbka naszych zdobniczych umiejętności :-) W najbliższym czasie w ruch pójdą: posypki, kolorowe barwniki, migdały i orzechy ... Bo pierników z tej ilości składników wychodzi bardzo, bardzo dużo :-)A my lubimy się nimi dzielić...





Oczywiście moje łasuchy, po ciężkiej pracy, z nieukrywaną przyjemnością oddają się degustacji :-)






A Wy kochani? Jestem ciekawa jakie są Wasze ukochane tradycje Bożonarodzeniowe?
Pozdrawiamy Was ciepło z ferworu świątecznych przygotowań ;-)



piątek, 9 grudnia 2011

Sernik na ciastkach "Bebe"





Przełom jesieni i zimy to czas, w którym nasza czwórka zmienia preferencje wypiekowe z drożdżowych na serowe. Tak, zdecydowanie możemy o sobie powiedzieć "serożercy". Sernik w chłodniejsze dni wspaniale poprawia nam samopoczucie, jednak jego przygotowanie w tradycyjny sposób nie raz już mnie przerosło. Przyznaje otwarcie, że wersja przygotowywana w piekarniku nie została stworzona dla mnie. Nie oznacza to bynajmniej, że postanowiłam się poddać - co to, to nie. Ostatnio wykopałam z przepiśnika stary, ale jary przepis na sernik, którego się nie piecze !!! Co więcej, przepis jest mega prosty i z powodzeniem mogą nam w przygotowaniach pomagać nasze szkraby ;-) Czy skusicie się, jeśli dodam, że aby go przygotować wystarczy nie całe pół godziny!!!




SKŁADNIKI NA SEROWĄ PYCHOTKĘ:


* duże opakowanie ciasteczek "bebe",
* 1kg zmielonego sera twarogowego,
* 3 żółtka,
* 20dag masła,
* 1 szklanka cukru,
* duży budyń waniliowy,
* aromat waniliowy wg uznania,
* rodzynki lub żurawina wg uznania,
* tabliczka gorzkiej czekolady na polewę



PRZYGOTOWANIE



Spód blaszki do pieczenia wykładamy ciasteczkami "bebe"





Ser umieszczamy w garnku i rozpuszczamy na małym ogniu. Do sera dodajemy: żółtka, cukier i pokrojone w drobniutką kostkę masło. Kiedy całość nam się zagotuje, dodajemy proszek budyniowy. Mieszamy energicznie uważając, by nie powstały nam grudki ;-). Całość możemy skropić kilkoma kroplami esencji waniliowej.





Gorącą masę wylewamy na ciastka. Całość można posypać rozdrobnionymi rodzynkami lub żurawiną:-)





Naszą parującą masę przykrywamy błyskawicznie pozostałymi ciasteczkami "bebe"





Kiedy nasz sernik przestygnie, jego wierzch polewamy obficie polewą z gorzkiej czekolady i wstawiamy na godzinę do lodówki.



Kiedy sernik się schłodzi, zapraszamy najbliższych do stołu i delektujemy się pysznym, wilgotnym i rozpływającym się w ustach serowym rarytasem ;-)




Smacznego Kochani!!!!

piątek, 18 listopada 2011

Babeczki + Bracia = Miłość i Współpraca



Pierwotnie zamierzałam napisać dzisiaj post lekko kulinarny. Spoglądając na zdjęcia wybrane do wpisu, przypomniało mi się coś, za czym będąc dzieckiem marzyłam nieustanie. Marzyłam o rodzeństwie... O kimś niewiele większym lub mniejszym od siebie, z kim można by się pobawić i pokłócić. O kimś, za kim można się wstawić w trudnych momentach i za kimś z kim można dzielić tajemnice i smutki. Jak widać moje marzenia skupiały się na pozytywnej stronie posiadania rodzeństwa. Nie myślałam o tym, że nie będę już tą jedną jedyną, że mając rodzeństwo trzeba nauczyć się dzielić i ta rywalizacja i porównania ;-(. Patrząc dzisiaj na mich chłopców współpracujących i troszczących się o siebie, serce mi rośnie. Chciałabym te chwile zachować na zawsze w pamięci. Mam nadzieję, że więź, która dzisiaj ich łączy przetrwa wszystkie próby czasu. Chciałabym by byli dal siebie oparciem w trudnych chwilach i by mogli dzielić ze sobą radości i sukcesy. Jak na razie, wydaje mi się, że są na dobrej drodze. Dlatego też dzisiejszy post dedykuje im i wszystkim rodzeństwom na świecie.


A to już nasza bratersko-babeczkowa sesja kuchenna ;-)
Myślę, że zdjęcia mówią więcej niż słowa
































A jakie są Wasze doświadczenia w kwestii posiadania rodzeństwa? Czy wasze drogi w dorosłym życiu splatają się, czy dawno temu się rozeszły?


Pozdrawiam Was wszystkich ciepło w ten dość rześki listopadowy dzień...

niedziela, 3 lipca 2011

Domowa Pizza dla Zębowej Wróżki / Homemade Pizza For The Tooth Fairy




Dzisiaj chcę się z Wami podzielić obiecanym przepisem na domową pizze. Nasza powstała na cześć "zębowej" wróżki. Kuba niestety już w nią nie wierzy, ale i tak miło było poudawać ;-) Oto szczegółowa instrukcja przygotowania naszej pizzy ;-)


Do dużej miski przesiewamy 600 g maki pszennej(razowa sprawdza się równie dobrze)




Do mąki dodajemy dwa opakowania suszonych drożdży. Całość dokładnie mieszamy.




Dodajemy dwie płaskie łyżeczki cukru, cztery łyżki oliwy, oraz dwie płaskie łyżeczki soli.



Całość zalewamy około 375 ml (3/8 l) letniej wody.




Tak przygotowane składniki przekładamy na stolnicę. Ciasto wyrabiamy ręcznie tak sługo, aż powstanie gładka, jednolite masa. Ciasto przykrywamy i odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Po ok 30 min powinno pięknie podwoić swoją objętość.




Kiedy ciasto pracuje nad zwiększaniem swojej objętości, my możemy zająć się przygotowaniem farszu. Oczywiście farsz dobieramy kierując się osobistymi preferencjami domowników. Wśród naszych farszowych składników znalazła się min.złocista kukurydza ;-)



Oczywiście nie można zapomnieć o sosie, który stanowi bazę dla naszej pizzy. W tym celu obieramy 2-3 ząbki czosnku.




Czosnek przeciskamy przez praskę. Jak się okazało, nie jest to takie proste dla 6 latka ;-)




Do czosnku dodajemy zawartość ok 500 ml przecieru pomidorowego.




Całość przyprawiamy solą, pieprzem, czosnkiem i oregano.




W międzyczasie przygotowujemy pizzową posypkę, czyli tarty ser. My użyliśmy Goudy ;-)






Dwie duże cebule kroimy w krążki. Następnie, na 1 łyżce oliwy obsmażamy cebulowe krążki przez 2-3 minuty.




Pieczarki kroimy na cienkie plasterki




Strąki papryki, zielonej i czerwonej,kroimy na małe kawałeczki.




Pieczarki wrzucamy na patelnie i czekamy aż odparuje z nich większość wody.



Wyrośnięte ciasto lekko oprószamy mąką, wyjmujemy z miski, zagniatamy na oprószonej mąką stolnicy i dzielimy na 4 równe części. Każdą z nich rozwałkowujemy na placek kształtem przypominający koło grubości 2-3 mm.




Chcieliśmy do zabawy zaprosić Antosia - niestety bezowocnie. Antek dotknął ciasta i z grymasem na twarzy oznajmił "Antoś nie ce ciasto - Antoś ma bjudne łapy" po czym czmychnął z kuchni.




Szybko jednak wrócił i zyskał miano największego wyjadacza składników na pizze. Jego łupem padły głównie: kukurydza i papryka.



Rozwałkowane i uformowane ciasto przekładamy na natłuszczoną blachę, lub papier do pieczenia. Dookoła ciasta zaginamy niewielki rancik. Ciasto smarujemy obficie naszą pomidorową pastą, obkładami kawałkami salami i wcześniej przygotowanymi składnikami. Przyprawiamy pieprzem i oregano. Blachy wkładamy do piekarnika. Pieczemy w 180-200C przez 20-25 minut.




Tak wyglądała nasza pizza zaraz po wyjęciu z piekarnika ;-)




Pachniała tak pięknie, że nie trzeba było długo czekać by zniknęła ze stołu ;-)






Z naszego przepisu wychodzą średnio 4 pizze, średnicy około 30cm. Niestety dla "zębowej"wróżki zostały tylko okruszki;-)


Nasz przepis pochodzi z książki pt. "Pizza dla gości i rodziny" wydanej przez Świat Książki


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...