Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teoria i metodyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teoria i metodyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2011

Nauka czytania i pisania metodą Montessori - część I




Czy rozpoczynając naukę pisania ze swoimi dziećmi zastanawialiście się kiedyś, co tak naprawdę stanowi jej cel? Czy pisanie jest tylko mechaniczną czynnością wymagającą pewnej automatyzacji, czy może posiada inne wyższe bardziej złożone funkcje?. Widząc, jak duży nacisk na naukę poprawnego pisania kładzie się w pierwszej klasie szkoły podstawowej zaczynam się nad tym poważnie zastanawiać. Dodatkowo, mój spokój burzy teoria nauki pisania i czytania opracowana przez Marię Montessori, która tak idealnie zgadza się z moimi obserwacjami całego procesu u Kuby, a która jednocześnie bardzo odbiega od klasycznej formy propagowanej w szkole. Czy posuwamy się w dobrym kierunku? Czy może zgubiliśmy coś ważnego w pędzie tworzenia i kształtowania funkcjonalnych i użytecznych bytów? Ponieważ ta kwestia nie daje mi spokoju od dłuższego czasu, postanowiłam ją ubrać w słowa i swoje refleksje i na tym skromnym blogu poddać ją dyskusji. Mam nadzieję, że podejmiecie wyzwanie i podzielicie się ze mną swoimi opiniami, wątpliwościami i niepokojami. A może ktoś z Was już znalazł złoty środek i mógłby nas oświecić: -) Zapraszam serdecznie.


CZYM PISANIE JEST, A CZYM NIE JEST?


Zacznijmy od przykładu. W swojej książce poświęconej metodą nauczania M. Montessori, E.P. Culverwell* przytacza dobitny przykład na to, czym nauka pisania być nie powinna. Culverwell pisze tak: „ Wyobraźmy sobie, że nauczymy dziecko niewładające językiem niemieckim, zapisu graficznego poszczególnych niemieckich liter. Dziecko, które opanuje te elementy, bez problemu będzie wstanie przepisać dowolny niemieckojęzyczny tekst. Jeżeli dodatkowo nauczymy je wymowy fonetycznej poszczególnych liter, będzie ono wstanie napisać dyktowany przez nauczyciela tekst ze słuchu. Co więcej, dziecko takie będzie w stanie nauczyć się układu wyrazów i liter w wierszu i z pamięci taki tekst odtworzyć. We wszystkich wspomnianych ćwiczeniach ma ono szanse nabrać wytrawnej biegłości. Nie możemy się nie zgodzić, że dziecko takie posiadło trudna sztukę pisania. Opanowało jednak tylko jego aspekt mechaniczny". Musimy zadać sobie pytanie, czy tak opanowana forma spełnia jedną z podstawowych funkcji pisania. Czy stanowi formę wyrazu i jest środkiem komunikacji autora z odbiorcą? Jaka jest motywacja owego dziecka i jaki sens ma dla niego pisanie? Owszem, przepisany tekst jest nośnikiem emocji i myśli, ale nie ma w tym ani krzty dziecka. Tekst, mimo, że naszpikowany treścią dla dziecka pozostanie martwy. W procesie pisania stało się ono tylko pośrednikiem nic niewnoszącym do całego procesu. Czy takie dziecko będzie miało motywacje, by samodzielnie pisać, kiedy poklask i pochwały nauczycieli usuną się w cień?. Czy posiadanie umiejętności kopiowania jest wystarczającym bodźcem intelektualnym, by zachęcić dziecko do autoekspresji? Nauka pisania w formie przepisywania jest jak najbardziej mechanicznym i bezrefleksyjnym aktem woli. Chociaż istotna, nie spełnia swojej podstawowej funkcji, jaką jest możliwość autoekspresji. Patrząc na doświadczenia szkolne mojego syna, widzę jak aspekt, który powinien stanowić priorytet nagminnie jest marginalizowany. Obserwuję spadek jego motywacji i zastanawiam się, jak mogę mu pomóc odnaleźć sens żmudnych, automatycznych ćwiczeń pozbawionych szans na indywidualizację całego procesu. Ale o samych technikach napiszę, kiedy indziej.



CZYM JEST PERFEKCJA W SZTUCE NAUKI PISANIA


Wracając do tematu. Opanowanie trudnej sztuki pisania może mieć dwojaki charakter. Jak już wspomnieliśmy wcześniej, pisanie jest formą komunikacji i służy przekazywaniu naszych idei i treści innym ludziom. W świetle tego, perfekcyjne pismo powinno charakteryzować się przejrzystością i czytelnością. Z drugiej jednak strony, jeżeli spojrzymy na naukę pisania przez pryzmat jego wyższego celu, jakim jest autoekspresja, możemy zauważyć, że jego perfekcja leży w spontanicznej zdolności do przekazywanych treści, którą jednostka chce wyrazić. Oczywiście nie da się ukryć, że część energii musi, a nawet powinna koncentrować się na mechanicznych aspektach pisania, by utrzymać wspomniana wcześniej jakość kryterium czytelności i przejrzystości. Choć może to zabrzmieć dość paradoksalnie: im bardziej sprawnym mechanicznie aparatem dysponuje jednostka w procesie pisania, tym mniej mechaniczny staje się charakter autoekspresji w całym procesie. Podobną analogie możemy znaleźć analizując procesy towarzyszące wypowiadaniu się. Dla większości z nas, proces mówienia jest czynnością tak mechaniczną, że mowa stanowi spontaniczny wyraz naszych myśli. Myśl, która pojawia się w naszej głowie zostaje automatycznie zwerbalizowana. Często uświadamiamy sobie jej obecność dopiero w momencie, kiedy słyszymy jak wybrzmiewa w naszych ustach.
Zastanawiać się pewnie, do czego zmierzam? A no do tego, że jakkolwiek próbowalibyśmy ugryźć temat dochodzimy do tego samego wniosku: aspekt mechaniczny i kreacyjny muszą ze sobą współistnieć i wzajemnie się uzupełniają. Pytanie, które nasuwa się mi w tym momencie to pytanie o kolejność wprowadzania poszczególnych elementów, tak, aby w efekcie uzyskać uzyskać ich harmonijny melanż.



MECHANIKA KONTRA AUTOEKSPRESJA


Wydaje mi się, że odpowiedz na moje pytanie znajduje się właśnie w tak bliskiej mi metodyce Marii Montessori. W nauce pisania metodą Montessori dziecko przeprowadzane jest przez mechaniczne trudności towarzyszące poszczególnym etapom nauki, w taki sposób, że nie ma świadomości, że cały proces ma w ogóle miejsce. Dziecko posiadające mechaniczne przygotowanie do pisania zostaje ze swoim warsztatem pozostawione samo sobie, aż do momentu, kiedy osobiście odkryje, że potrafi samodzielnie pisać wyrazy i zdania. Proces ten następuje nie w wyniku żmudnego przepisywania, czy pisania ze słuchu, jak się to dzieje w typowej szkole. Dziecko zaczyna pisać, dlatego że odczuwa wewnętrzną potrzebę by wyrazić siebie w tej właśnie formie. Samo odkrycie dla dziecka nowej formy kreacji stanowi niesamowity intelektualny bodziec. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dziecko odkrywa niepohamowana przyjemność płynąca z pisania. Praca włożona we wcześniejsze mechaniczne przygotowanie skraca i ułatwia niesamowicie cały proces, sprawiając, że całe przedsięwzięcie obfituje w efektywne i długotrwałe skutki. Oczywiście na tzw. „czekanie” można sobie pozwolić ze względu na fakt, że przygotowanie do pisania i czytania zaczyna się praktycznie już od pierwszych momentów pracy z montessoriańskimi materiałami. Zazwyczaj eksplozja i potrzeba autoekspresji przypada średnio na 4/5 rok życia dziecka, czyli szczęśliwie, na okres, kiedy to my rodzice możemy jeszcze decydować o tym, w jaki sposób prowadzić edukację naszego dziecka. Warto się nad tym dogłębnie zastanowić wybierając metody i materiały, z którymi będziemy pracować.



IZOLACJA TRUDNOŚCI W NAUCE PISANIA


Dużą rolę w opanowaniu poszczególnych elementów potrzebnych w nauce pisania odgrywa izolacja trudności. Zasadę, że skomplikowane czynności łatwiej opanować rozbijając je na mniejsze i łatwiejsze do opanowania etapy towarzyszy metodyce Montessori od samego początku. Ta swoista filozofia pojawia się także mniej lub bardziej szczątkowo we współczesnych metodach wprowadzanych przez tradycyjne szkoły. Zazwyczaj dziecko uczy się kopiować najpierw proste linie, później haczykowate linie, by finalnie dojść do kółek i coraz to bardziej skomplikowanych elementów. Wszystko to dzieje się w myśl zasady, że perfekcyjne opanowanie poszczególnych elementów ułatwi uczniowi tworzenie pełnych i prawidłowych liter. Chociaż jest w tym wiele słuszności, sama koncepcja nie przynosi fizycznej ulgi uczniom, ponieważ proces fizjologiczny towarzyszący tworzeniu poszczególnych, prostszych elementów jest identyczny jak przy tworzeniu pełnych liter. Uwaga ucznia, tak przy tworzeniu prostych kresek, jak przy tworzeniu litery musi nieubłagalnie dzielić się między dłoń i oko. Ta sama grupa nerwów, wprawia w ruch tę samą grupę mięśni potrzebną do stworzenia haczyka jak i pełnej litery. Co gorsza, w procesie pisania kilkanaście grup mięśniowych ćwiczonych jest jednocześnie, uniemożliwiając ich izolację. Na szczęście opanowanie i koordynacja mięśni dłoni przychodzi nam z większą łatwością niż Np. opanowanie i koordynacja ruchów rąk i nóg potrzebnych w nauce pływania. Jesteście ciekawi, dlaczego? Odpowiedz jest banalnie prosta. Ośrodki odpowiadające za ruchy nóg i rąk usytuowane są w różnych miejscach w mózgu. Naukowo dowiedziono, że koordynacja ruchów mających swoje źródło w różnych ośrodkach nerwowych jest o wiele trudniejsza niż koordynacja ruchów mających źródło w tym samym ośrodku. Jest, więc nadzieja; -) W myśl powyższej teorii Wasze dziecko, które jeszcze nie pisze samodzielnie, a potrafi pływać czy jeździć na rowerze nie powinno mieć żadnych trudności z mechanicznym opanowaniem pisania;-). Dlaczego więc nauka pisania jest tak pracochłonna i żmudna?



MECHANICZNE KOPIOWANIE – PRZESZKODĄ W NAUCE PISANIA


Otóż największą przeszkodą w nauce pisania jest tak dobrze nam znane PRZEPISYWANIE czy KOPIOWANIE poszczególnych elementów z tablicy, z książki itp. Łatwość zarządzanie ruchami ręki dyktowanymi własną wolą, to jedna rzecz. Przesuwanie ołówka w dowolnym kierunku na kartce, to zadanie stosunkowo łatwe i wykonalne nawet dla najmłodszych szkrabów. Mimo, że sporo czasu może upłynąć zanim na kartkach naszych pociech pojawią się pierwsze kółka czy wymyślne wzory bądź tak pocieszne „głowonogi”. To, co stanowi największą przeszkodę, to już wcześniej wspomniany odtwórczy element wykorzystywany w procesie nauki pisania a mianowicie kopiowanie. Żeby lepiej zrozumieć cały proces warto go sobie rozłożyć na poszczególne etapy. Załóżmy, że otrzymaliśmy polecenie przepisania z tablicy literki „f”

ETAP 1
Nasze oko musi dokładnie przestudiować wzór kopiowanej litery, aby móc oszacować kierunek, w którym powinien poruszać się ołówek, wysokość, szerokość litery, poszczególne odległości pomiędzy poszczególnymi elementami itp.

ETAP 2
Parametry oszacowane wstępnie przez oko musza zostać przekazane za pomocą systemu nerwowego do grupy mięśni, która wprawi dłoń z ołówkiem w ruch.

ETAP 3
W trakcie, gdy część energii koncentruje się na mechanicznej czynności pisania inna część pracuje nad utrzymaniem obrazu litery w pamięci.

W prawdzie dla osoby dorosłej, której pamięć wzrokowa jest w miarę wyćwiczona, i która w zadawalającym stopniu posiadła umiejętność koordynacji pracy ręki i oka odtworzenie danej litery nie sprawi najmniejszej trudności. Zastanówmy się jednak ile wysiłku kosztuje to prozaiczne z pozoru zadanie, niedojrzały jeszcze organizm dziecka. A właśnie taki olbrzymi wysiłek to codzienność pierwszoklasisty. W szczególnie trudnej sytuacji są dzieci 6 letnie, które do szkoły poszły tracąc rok wprawek i szlaczków; -) Do czego zmierzam. Moim celem jest uświadomić sobie i Wam kochani czytelnicy, że rzeczywistość, z jaką spotykają się nasze dzieci w szkole może być inna i to niestety na nas spoczywa odpowiedzialność za podjęcie trudu zmiany sytuacji naszego dziecka na lepsze.


PAMIĘĆ MOTORYCZNA KLUCZEM DO SUKCESU W NAUCE PISANIA


Wielką zaletą Montessoriańskiej techniki nauki pisania jest to, że praktycznie eliminuje potrzebę koordynacji ręka-oko, jako części nauki pisania. Dzieci uczone metodą Montessori potrafią pisać z zamkniętymi oczyma równie dobrze jak z otwartymi. Kluczem tego sukcesu jest to, że proces odtwarzania liter opiera się nie na oku, które zarządza ręką w trakcie pisania, ale na tzw. PAMIĘCI MOTORYCZNEJ. Metoda Montessori poprzez skrupulatnie dobrane ćwiczenia pozwala wyćwiczyć palce dziecka tak, aby pamiętały one ruchy potrzebne przy formowaniu poszczególnych liter.

Ponieważ ten post zaczął mi się rozrastać do olbrzymich rozmiarów, przerwę w tym miejscu. I pozostawię całość Waszej refleksji. Nie ukrywam, że będę wdzięczna za Wasze przemyślenia i sugestie. Część druga nauki czytania i pisania metodą Montessori poświęcona będzie istocie pamięci motorycznej i roli, jaką odgrywa w procesie nauki pisania.

* "Montessori Metod" E.P Curvelwell

niedziela, 10 lipca 2011

Lekcja Trójstopniowa - teoria i praktyka ;-)

Dzisiaj chciałabym spełnić prośbę wielu z Was dotyczącą informacji na temat lekcji trójstopniowej. Oczywiście przedstawiona tu lekcja jest moją własną interpretacja tego, co wyczytałam, zobaczyłam i czego nauczyłam się w trakcie kursu Montessoriańskiego pod skrzydłami Karen Tyler. Mam nadzieje, że ułatwi to Wam pracę z Waszymi szkrabami:-). Zapraszam do lektury.

Metoda lekcji trójstopniowej została we wspaniały sposób rozwinięta prze Dr Marię Montessori w dwóch celach. Jednym z nich jest pomoc dziecku w opanowaniu nowych pojęć, drugim jest pomoc w efektywnym transferze nowo poznanych pojęć z pamięci krótkotrwałej do pamięci długotrwałej. Lekcję zazwyczaj przeprowadza się wykorzystując 3 przedmioty/fakty/pojęcia. Tak naprawdę ilość nowych informacji wprowadzanych na raz zależy od samego dziecka. Osobiście, optuję za tą magiczną trójką – dla nas jest ona optymalna;-).

Lekcja Trójstopniowa składa się z trzech następujących po sobie krokach:

Krok pierwszy – PREZENTACJA
Krok drugi – IDENTYFIKACJA
Krok trzeci – PRODUKCJA


1. KROK 1 – PREZENTACJA



Prezentacja pozwala dziecku skojarzyć dany przedmiot/pojęcie z jego nazwą. Jest to etap, w którym główną rolę odgrywa pamięć krótkotrwała. Załóżmy, że chcemy nasze dziecko nauczyć nazw poszczególnych organów ludzkiego ciała tj. płuco, nerka, wątroba. Po rozłożeniu maty prezentujemy dziecku, jeden z trzech wybranych elementów, oglądamy go dokładnie, kładziemy na matę i nazywamy go: „ To jest nerka”. Dziecko bierze dany element do rąk, ogląda go dokładnie i powtarza jego nazwę. Tę samą procedurę stosujemy dla dwóch pozostałych elementów. Poniżej nagranie, które może lepiej zobrazuje to, co napisałam. W roli „królika doświadczalnego” wystąpił Kubuś, za co bardzo mu dziękuję;-).






2. KROK 2 – IDENTYFIKACJA


Na tym etapie dziecko rozpoznaje elementy/pojęcia, które poznało w trakcie prezentacji. Głównym celem tego kroku, jest pomoc dziecku w przeniesieniu pojęcia z pamięci krótkotrwałej do pamięci długotrwałej. Dziecko rozpoznaje przedmiot po nazwie, tworzy mentalny obraz pary, jaką tworzy nazwa i przedmiotu/pojęcie, a także uczy się odróżniać od siebie tak powstałe pary. Jest to etap, któremu powinno się poświęcić najwięcej czasu. Procedura dla tego kroku wygląda w następujący sposób: wykładamy na macie wszystkie trzy przedmioty/ karty z pojęciami na raz. Prosimy dziecko by wskazało dany przedmiot: „Czy możesz mi pokazać, gdzie jest wątroba?”. Dziecko powinno wskazać na wątrobę. Procedurę powtarzamy z pozostałymi elementami/ pojęciami. Następnie prosimy dziecko, aby zamknęło oczy. Zmieniamy konfiguracje naszych elementów na macie i powtarzamy cała procedurę po raz kolejny W celu urozmaicenia zabawy, możemy stosować różne polecenia: możemy poprosić dziecko, żeby podniosło i zaniosło w dane miejsce wybrany element, żeby się z nim obróciło, położyło na wskazaną część ciała. Ograniczeniem na tym etapie jest tylko Wasza kreatywność. Praktyka czyni mistrza – im więcej powtórzeń tym lepiej. U nas średnio mieści się to w zakresie od 3-5 powtórzeń. Jeżeli dziecko nie jest wstanie poprawnie wskazać 2 lub więcej elementów- wracamy do kroku pierwszego.




3. KROK 3 – PRODUKCJA


Na tym etapie dziecko ma szansę wykorzystać w praktyce nabytą wiedzę, tworzy mentalny kontekst i weryfikuje dopiero, co opanowane skojarzenia (nazwa/element) poprzez aktywne nazywanie poszczególnych elementów/pojęć. Wracając do praktyki. Kładziemy na macie przed dzieckiem pojedynczo elementy i pytamy:, „ Co to jest?” Jeżeli dany element zakotwiczył się w pamięci długotrwałej, dziecko będzie w stanie bezbłędnie nazwać wskazany przez nas element.





Oczywiście, żeby dane pojęcia zostały utrwalone na dobre czasami trzeba powtórzyć lekcję wielokrotnie.

Na pewno ciekawi Was, jak wygląda lekcja trójstopniowa z takim maluchem jak Antoś. Zazwyczaj w trakcie takiej lekcji nie robię żadnych zdjęć by nie zakłócać tego delikatnego procesu. Z tak małym dzieckiem lekcja często odbiega od wzoru; -) Jeżeli mamy jakiś fizyczny obiekt to razem dokładnie go oglądamy i rozmawiamy o nim - więc jest to bardziej opisowe niż w przypadku Kuby. Jeżeli mój kochany maż zgodzi się "robić" za kamerzystę; -) wkleję tu z czasem naszą lekcję trójstopniową w wersji dla malucha;-)

A to już obiecany filmik z lekcja trójstopniową dla malucha. W roli kamerzysty zadebiutował ochoczo Jakub. Wybaczcie więc pewną niestabilność obrazu. ;-) To pierwsza lekcja Antosia z tymi kartami. Jak widać na filmiku "puma" w trzeciej, odtwórczej fazie jeszcze stanowi problem. Kiedy wyciągałam karty do naszej lekcji Antek zauważył tę z pumą i wykrzyknął "O kotek". Być może dla tego trudno zaakceptować mu, że "kotek" to "puma" ;-) Popracujemy nad tym i wszystko się ułoży w tej małej kochanej główce ;-).




Życzę wielu trójstopniowych sukcesów ;-)))

wtorek, 21 czerwca 2011

Czym jest wczesna edukacja - osobiste refleksje

Szukając odpowiedzi na pytanie, czym jest wczesna edukacja, traficie z pewnością na mnogość różnych definicji. Ich cechą wspólną zapewne jest to, że dotyczą zazwyczaj formalnego procesu nauczania najmłodszych obywateli tego świata w zakresie od 0-8 lat. Jednak, to nie definicje odgrywają tu najistotniejszą rolę. Dużo ważniejszy jest sposób w jaki je interpretujemy oraz forma, w której materializują się w naszym życiu. Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić swoimi refleksjami i osobistą interpretacją tego wieloznacznego terminu.

Wczesna edukacja, dla mnie osobiście, to przede wszystkim stwarzanie dogodnych warunków rozwoju dziecięcego potencjału, poprzez przygotowanie odpowiednio stymulującego otoczenia, materiałów, a także przygotowanie siebie do roli przewodnika w tym edukacyjnym świecie. Wczesna edukacja to proces, którego nie mierzy się ilością zapamiętanych faktów i nowo nabytych umiejętności. To pomoc w stopniowym nasycaniu się wiedzą adekwatną do potrzeb i zainteresowań naszych maluchów. To rozbudzanie ciekawości świata i podsycanie w dzieciach natury odkrywcy i eksploratora. To traktowanie dziecka jak osoby rozumnej, której nie trzeba stwarzać, ale której należy pomóc w procesie samoformowania. Wczesna edukacja to przyzwolenie na popełnianie błędów, które są integralna częścią procesu uczenia się i nabywania wiedzy. To wspomaganie harmonijnego rozwoju: intelektualnego, fizycznego, sensorycznego i emocjonalnego. To pomoc w rozwijaniu do pełnego majestatycznego lotu jeszcze niepewnych i chwiejnych skrzydeł kreatywności. To proponowanie „wędki”, a nie zasypywanie „rybami”.Wczesna edukacja to, dla mnie osobiście, także integralna część bycia matką, której nadrzędnym celem w procesie wychowania jest pomoc w nauce znajdowania rozwiązań, zamiast podsuwania z góry określonych „gotowców”. To w końcu, także umiejętność stwarzania poczucia bezpieczeństwa, przy jednoczesnym zachęcaniu malucha do skoku na głębokie wody.

Każdy z nas inspiracje edukacyjną znajduje we właściwy sobie sposób – nie rzadko metodą prób i błędów. Kiedy urodził się Kuba, moja wiedza formalna dotycząca rozwoju intelektualno/emocjonalnego ograniczała się stricte do metodyki języka angielskiego. Jego przyjście na świat ogromnie poszerzyło moje horyzonty. Moja matczyna intuicja, dopingowała mnie do tego, by zgłębiać te ważne psychologiczne i fizyczne aspekty życia istoty, która została powierzona mojej opiece. Ponieważ, jeszcze 6 lat temu pojęcie wczesnej edukacji w Polsce nie miało tak licznej rzeszy odbiorców, trudno było cokolwiek sensownego na ten temat znaleźć. Z pomocą przyszła anglojęzyczna literatura, ale w dużej mierze wszystko co robiliśmy z Kubą ( a było tego nie mało), odbywało się na nieformalnej stopie. Nasza edukacja była bardzo intuicyjna, choć niewiele różniła się od tej, którą proponujemy w tej chwili Antkowi. Podstawą moich działań była przede wszystkim uważna obserwacja, a później, kiedy Kuba zaczął się z nami komunikować, uważne słuchanie tego co miał/ma do powiedzenia. Moim nadrzędnym celem było to, żeby „nauka” odbywała się na zasadzie aktywnej obserwacji i eksploracji świata który go otaczał - przy pełnym zaangażowaniu wszystkich zmysłów. Obserwując uważnie Kubę miałam szansę wychwycić wszystkie jego „wrażliwe okresy” (często w literaturze przedmiotu określane mianem „kroków milowych”) i pomóc mu je efektywnie wykorzystać. Moje dziecko zadawało pytania i w miarę moich możliwości otrzymywało rzetelną odpowiedz. Im więcej satysfakcjonujących odpowiedzi otrzymywało, tym więcej zadawało pytań. Z czasem, Kuba nauczył się nie tylko formować sensowne pytania, ale przede wszystkim nauczył się gdzie i jak szukać na nie odpowiedzi. Jego zainteresowania, jeszcze niedawno kiedy miał 3 lata, budziły nierzadko zdziwienie i przerażenie naszych znajomych. Stukali się z politowaniem w czoło nie mogąc zrozumieć co za rodzice pozwalają ślęczeć takiemu maluchowi nad atlasem anatomicznym, gdzie przedstawiane są „takie okropieństwa”i przerażająco realistyczne fotografie. Nie mogli też długo zrozumieć, że nie ma nic dziwnego w tym, że na półce w pokoju małego chłopca stoi prawdziwy model anatomiczny szkieletu ludzkiego. A ten mały człowiek doskonale zna każdą jego część. Dzisiaj, mam nadzieję, spojrzą na to wszystko (jeżeli to czytają) z trochę innej perspektywy. Dla Kuby to była pasja, której w naturalny sposób pozwoliliśmy się rozwinąć.

Zastanawialiście się kiedyś, co tak naprawdę definiuje pojęcia „trudny”i „łatwy” i jak bardzo potrafią być one subiektywne? Jeżeli dziecko potrafi nauczyć się ojczystego języka, który na początku jest tylko abstrakcyjną mieszanina dźwięków, nadając im z czasem odpowiednie znaczenie, to czy problemem dla niego może być np. nazwa poszczególnych planet, pierwiastków, itp. Oczywiście należy założyć, że wiedza, z którą dziecko się styka występuję w możliwej do przetrawienia dla niego formie (klarowne, jednoznaczne ilustracje, duża czcionka, realia). Myślę, że każdy sam jest w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Wielu przeciwników wczesnej edukacji, trzyma się kurczowo progów wyznaczanych przez odgórnie ułożony program edukacji, która jasno przewiduje, w jakim wieku dziecko ma prawo formalnie nabywać daną wiedzę, zarzucając jej zwolennikom nienaturalne przyspieszanie edukacji własnych dzieci. Te pierwsze 6 lat, które są bazą i strukturą, na której nadbudowują się dalsze warstwy wiedzy w naszym systemie edukacji ulega bezpowrotnemu zaprzepaszczeniu. W Polskim systemie edukacji dziecko do lat 3 nie istnieje, później w okresie przedszkolnym jest trochę lepiej, ale wiele naturalnych potrzeb dzieci takich jak czytanie czy pisanie są ignorowane, bo nie wchodzą w skład podstawy programowej. Straty i skutki uboczne takiego podejścia obserwujemy w podstawówkach, gimnazjach (wiem, bo pracowałam z tą grupą wiekową). Według mnie, wystarczyłoby odciążyć odrobinę program, zamiast koncentrować się na formie, skupić się na treści tego ważnego i strategicznego procesu – usiąść, poobserwować i posłuchać, czego tak naprawdę potrzebują dzieci. Założę się, że niejednemu ministrowi opadłaby szczęka ze zdumienia.

Oczywiście, zmian takich nie da się wprowadzić od razu i na wielką skalę, dlatego tak ważny w całym procesie jest rodzic. To on zna dziecko najlepiej. Jest jak nikt inny wyczulony na jego potrzeby. Z miłością oraz szacunkiem może rozpocząć ten bardzo kruchy i delikatny proces pomocy w odkrywaniu świata. Niestety, często zdarza się, że rodzice pod pojęciem wczesnej edukacji szukają przyzwolenia na „zaprojektowanie” procesu i modelu nauki dla swojego dziecka, odbierając mu szansę indywidualnego wyboru drogi, którą zechce sam podążać. Dla mnie osobiście rodzic/nauczyciel to istny człowiek orkiestra. Łączy on w sobie osobowość zarządcy (środowiska, w którym przebywa i materiałów, z którymi pracuje dziecko, z uwzględnieniem zasad, o których pisałam), powiernika, mentora, przewodnika, itd. Jego działanie jest prawie niewidoczne dla dziecka, jego osobowość i techniki pracy muszą być nieinwazyjne. Wczesna edukacja, to wyzwanie dla współczesnego nauczyciela/rodzica, bo wymaga autorefleksji. Autorefleksja z kolei wymaga czasu – a obecnie mamy go coraz mniej. Bez autorefleksji nie mamy szans zapanować nad własną pychą i gniewem, tak powszechnie towarzyszącymi procesom nauczania. Oddając się autorefleksji dajemy sygnał naszemu otoczeniu, że nie jesteśmy doskonali, ale zależy nam na tej doskonałości. Dzięki procesom autorefleksji stajemy się wzorem dla naszych dzieci w drodze do perfekcji (oczywiście tej dobrze rozumianej). A wracając do najistotniejszej kwestii - nauczyciel/rodzić musi w dziecku, oczyma swojej wyobraźni widzieć kompletną istotę, która dzięki własnej pracy i inteligencji właśnie się taką stanie. W tak skonstruowanym świecie nie ma miejsca na własne niezaspokojone ambicje. Nie ma miejsca na trendy, którymi bombardują nas z każdej strony media. Wpędzeni wyrzutami sumienia w depresje, zamartwiamy się niepotrzebnie nad rzeczami mało istotnymi. Czy jeżeli moje dziecko nie będzie miało tej nowej edukacyjnej zabawki, to będzie miało gorszy start w porównaniu z rówieśnikami, którzy z nią pracują? Takich przykładów można by mnożyć na pęczki. Otwórzmy się na dzieci, a nie na pokrętnych dyrektorów sprzedaży, przestańmy poddawać się manipulacją ekspertów od marketingu. Wsłuchujmy się w potrzeby naszych dzieci i odpowiadajmy na nie. W nagrodę, mamy szansę wychować pewnego siebie, otwartego na innych młodego człowieka, który może kiedyś będzie miał ochotę zmienić świat na lepsze. Tego wszystkiego Wam
i Waszym dzieciom życzę z całego serca.

A czym dla Was jest wczesna edukacja? – zapraszam do dyskusji ;-)

Część druga pt. „Czy moje dziecko będzie się nudzić w szkole” już wkrótce

niedziela, 21 listopada 2010

Zabawy konwergencyjne kontra dywergencyjne i co z tego wynika …

Przygotowanie projektów i zadań dla Antka i Kuby stanowi nie lada wyzwanie i często przyprawia mnie o ból głowy. W dużej mierze jest to podyktowane gustami chłopców - Antek wpada w furię kiedy nie może ułożyć elementów według własnej koncepcji mimo że doskonale wie o co w zadaniu chodzi, szybko się nudzi jeżeli elementy są przewidywalne (np.zadanie polegające na dobieraniu serc kolorami w pary: po kilku razach z uporem maniaka przeklejał serca które mama skrupulatnie i metodycznie ustawiała w kolorystyczne pary) Kuba natomiast od dziecka lubował się w zabawach manipulacyjno-konstrukcyjnych bądź stricte twórczych - nie cierpiał wszystkich elektronicznych gadżetów typu: wesoła żyrafa, szczeniaczek uczniaczek, słuchaweczka ucząca literek i cyferek itp) często sam wymyślał sobie zabawki , tworzył konstrukcje z papieru i wszystkiego co wpadło w jego łapki. Czytając blogi innych mam martwiłam się ze moje dzieci nie chcą z taką pasją jak inne wykonywać specjalnie wykonanych dla nich zadań. Na ratunek pospieszyła mi lektura książki Kathy Hirsh-Pasek „Einstain never used flash cards” Autorka pisze: Zabawy intelektualne mogą przybierać różne formy. Jedna z wielu klasyfikacji zabaw zakłada podział na: zabawy konwergencyjne(convergent) i dywergencyjne(divergent). Zabawy konwergencyjne to zabawy w których występujący do rozwiązania problem posiada jedno z góry ustalone rozwiązanie tak jak w przypadku puzzli, testów wielokrotnego wyboru itp. Umiejętność ta łączy się ściśle z jakością osiągnięć uzyskiwanych w trakcie edukacji szkolnej czy też w testach na inteligencje. Zadania i zabawy dywergencyjne wymagają od dziecka większej kreatywność ponieważ dopuszczają możliwość istnienia wielu poprawnych odpowiedzi i rozwiązań tak jak w przypadku wznoszenia budowli z klocków. Ilość konstrukcji ograniczona jest tylko wyobraźnią budującego. Następnie autorka opisuje badania przeprowadzone wśród dzieci w wieku przedszkolnym dotyczące wpływu jaki zabawki edukacyjne wywierają na umiejętność rozwiązywania problemów dywergencyjnych. Opis badania poniżej: W pierwszym etapie eksperymentu dzieci zostały podzielone na 2 grupy : pierwsza grupa otrzymała do zabawy puzzle (zabawki posiadające z góry określone rozwiązanie), druga grupa otrzymała klocki konstrukcyjne. Dzieci spędziły miło czas bawiąc się zabawkami w gronie rówieśników. W kolejnym etapie badania dzieci z obu grup zostały poproszone o wykonanie następującego zadania: Ze zbioru 45 elementów miały zbudować wioskę ( typowe zadanie dywergencyjne) Naukowcy monitorowali obie grupy licząc ilość zbudowanych konstrukcji i liczbę określeń używanych do nazywania nowo powstałych obiektów. Analiza obu grup wykazała, że dzieci z grupy drugiej stworzyły zdecydowanie więcej konstrukcji i nazw dla poszczególnych elementów. Co więcej dzieci z tej grupy nie poddawały się napotykając jakiś impas. Wykorzystywały metodę prób i błędów dużo częściej niż rówieśnicy z pierwszej grupy. Dzieci z grupy, która bawiła się puzzlami w dużo mniejszym stopniu stosowały kreatywne rozwiązania, gdy coś nie wychodziło miały tendencje do wielokrotnego powtarzania tych samych błędów, częściej się irytowały. Kreatywność zdecydowanie kwitła w grupie drugiej.

Przeczytałam, przemyślałam i doszłam do wniosku (z resztą tego samego co zawsze), że sukces edukacyjny jest wypadkową typowych umiejętności szkolnych i umiejętności kreatywnego rozwiązywania problemów. Przejrzałam zadania przygotowane na przyszły tydzień i ze smutkiem stwierdziłam ze 90 procent z nich dotyczy stricte umiejętności szkolnych i ma charakter konwergencyjny. Być może tu leży pies pogrzebany. Być może modyfikując zadania tak, żeby przynajmniej połowa z nich koncentrowała się na kreatywnym rozwiązywaniu problemów entuzjazm moich dzieci byłby dużo większy. Popracuje nad tym i dam znać co z tego wyszło. Jestem ciekawa czy macie podobne doświadczenia w tej kwestii i co myślicie o takim podejściu.

Bądź co bądź jestem świecie przekonana ze nasze dzieci mają niewyczerpalne pokłady kreatywności.
Poniżej Antek i zabawy które ostatnio sam sobie wymyślił.

1) Antek bardziej od nawlekania krążków na gotową konstrukcje woli budować z nich wieże (potrafi siedzieć tak długo dopóki nie ustawi jej z wszystkich krążków)



2) gotujemy zupę – Antek ostatnio bardzo lubi zabawy w których może imitować czynności wykonywane przez mamę i tatę




3) Antek i Montessori – zbój wygrzebał z szuflady mieszadełko i nawleka.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...